Jarocin 1988. Żale nad otwartą trumną

Jesteśmy Falą.
Wysiedliśmy właśnie z żółtego piętrowego wagonu pociągu na dworcu PKP w Jarocinie. Ja i „Kotlet”. Trudno się przepchać, idziemy wolno, w niemiłosiernym ścisku – punki, metale, skiny, babcie z torbami, towarzystwo mieszane. Wszyscy spowolnieni przez  kordon milicji rozpięty niczym sieć rybacka. Wyławiają i „rozbrajają” wybrańców. Szybko zdejmujemy własnoręcznie zrobione pieszczochy nabite metalowymi ćwiekami. Chowamy, może uda się przejść. Do kosza milicji trafiają pasy, pieszczochy, łańcuchy, a nawet wojskowe buty. Przeszliśmy bez strat.
Mamy wszystko z czym przyjechaliśmy, czyli ubrania i parę złotych pożyczonych od mojej babci.
I popłynęliśmy ze wszystkimi poprzez rynek miasta obsadzony już gęsto grupkami sympatyków irokezów, łysych, długowłosych. Rewelacyjna inność, nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś takiego w takiej ilości. To ta osławiona zbuntowana młodzież… Nie wiedziałem, że jest nas aż tylu. Jesteśmy Falą.

Jarocin 87

Jak dostać się na koncerty nie mając wejściówki? To pytanie nurtowało nas teraz. Snujemy się wokół betonowego, szarego płotu okalającego plac z dużą sceną. Jak się tam dostać? Olśnienie. Przechodzimy właśnie w miejscu, gdzie z betonowym płotem stykają się spore drzewa. Wspinamy się na nie, przeskakujemy na drugą stronę. „Kotlet” już wylądował, ja za nim. Teraz jakby nigdy nic wychodzimy na płytę przed sceną. I znów stoimy jak wryci. Widzisz to? Niezliczone morze ludzi, chodzących, siedzących na ziemi, na rozłożonych kocykach, kurtkach, tańczących w obłoku pyłu. POGO – ktoś krzyknął ze sceny. Szeregi rozwarły się, środek placu opustoszał, by za chwilę wciągnąć mrowie ludzi napierających na siebie. POGO. W tle rozbrzmiewają ostre punkowe gitary. Jesteśmy Falą.

jarocin pogo

Przysiadamy się do chłopaka i dziewczyny siedzących na kraciastym kocyku. On w czarnej skórzanej kurtce, duży blond irokez i szeroki uśmiech; Ona długowłosa szatynka, zapatrzona w niego. Częstują nas …xxx…, ale dziękujemy, nie palimy. Są Czechami. Są fajni. Chyba mamy znów szczęście, nasi nowi znajomi jutro wracają do siebie i zostawią nam swoje identyfikatory, więc na pewniaka możemy się poruszać i wchodzić na koncerty.
Sierpień. Pogoda w kratkę jak koc Czechów, ale bawimy się znakomicie. Grają metal pod scenę idzie „Kotlet”, grają punka idę ja. Późno w noc jesteśmy już mocno zmęczeni.
Cisza trwa dłuższą chwilę. Na ledwo oświetloną scenę wtaczany jest fortepian !? Instalują sprzęt. Akustyk sprawdza co musi. Cisza. Wychodzi gość siada do fortepianu i zaczyna grać…., śpiewa. Sojka. To Staszek Sojka. To co robi to dotknięcie mistyczne. Niezapomniane.

Po wielu latach, będąc już dorosłym człowiekiem przeczytałem list w formie nekrologu z roku 1988 o tym, iż po długotrwałej i bolesnej chorobie zmarł Festiwal Rockowy Jarocin. Może tak… Ale dla mnie jest wiecznie żywy i nie powiem Wam dlaczego…

A o tym jak prawie straciłem czarne wojskowe opinacze i pozbyłem się podeszwy napiszę może następnym razem.

Reklamy

2 thoughts on “Jarocin 1988. Żale nad otwartą trumną

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s